Nigdybądź
Było późno, leżeliśmy w łóżku. Czytałem powieść o Pani Drzwi. Ona oglądała rysunki, ale już zasypiała, miała drgawki przedsenne.
- Kochasz mnie? - nagle zapytała, całkowicie rozbudzona.
- Mhm - mruknąłem i czytałem dalej. Sądziłem, że na tym się skończy, że uspokojona odwróci się do ściany i zaśnie, a ja będę mógł spokojnie doczytać książkę.
- Ale ja pytam, czy kochasz mnie tak naprawdę. Odpowiedz, proszę. Tylko bądź szczery.
- No, przecież mówię, że tak - odpowiedziałem, wciąż śledząc przygody Pani Drzwi w londyńskim metrze.
- Skoro mówisz, że mnie kochasz - drążyła temat - to daj mi dowód swojej miłości.
- Znowu? Jaki tym razem? - zapytałem, zamykając książkę. - Zresztą, nie pamiętasz, co się ostatnio stało, jak ci dałem dowód swej dozgonnej i wiecznej miłości? Mam ci przypomnieć? Chcesz tego?
- Ale to było tak dawno temu, prawie dwa miesiące temu, już prawie nie pamiętam. Mam taką słabą pamięć - odpowiedziała.
- To ci przypomnę. Wysłałaś mnie do łazienki, bym udowodnił, że jestem prawdziwym mężczyzną, godnym ciebie, który potrafi cię chronić i bronić. Zabiłem tego dużego Pana Pająka Krzyżaka, który rozpiął sieć na wannie. A potem deszcz padał przez 40 dni i nocy. Warta wylała. Woźną, Wrocławską i Wodną płynęły rzeki. Na środku rynku utworzyło się jezioro.
- Tak, coś sobie przypominam - powiedziała, przybierając niewinny wyraz twarzy. - Teraz będzie inaczej, zobaczysz, obiecuję. Potrzebuję ostatniego potwierdzenia twojego uczucia. Potem już o nic cię nie poproszę. Zgódź się, proszę. Zresztą nie masz innego wyjścia, skoro mnie kochasz.
- Dobrze, zgadzam się - powiedziałem zrezygnowanym tonem. Ona zaklaskała w dłonie, jak mała dziewczynka, która właśnie dostała wymarzony prezent od ukochanego tatusia na piąte urodziny. Wyglądała przecudnie, tak niewinnie.
- Skoro mnie kochasz, to musisz jutro rano wstać o godzinie 8 i o 9 wyjść ze mną z domu. Pójdziemy do komisu AGD na Młyńską, by kupić kosiarkę do trawy.
- Ale my nie mamy żadnego trawnika, który wymagałby strzyżenia - zaprotestowałem.
- To nic. Zrozum, że kosiarka jest nam niezbędna do szczęścia. A przecież chcesz być ze mną szczęśliwy. Chcesz czy nie?
- Jasne, że chcę - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- No widzisz, więc to nie będzie dla ciebie żadne poświęcenie. Powinnam wymyślić coś innego. Jednak nie chce mi się. Jestem śpiąca, daj mi buzi i przytul. Jutro będę cię budziła, pamiętaj, obiecałeś, że wstaniesz.
Pocałowałem ją, przytuliłem i przykryłem kocem, zasnęła od razu. Przez chwilę patrzyłem na spokojną twarz. Chciałem wrócić do przygód Pani Drzwi, wziąłem książkę do ręki, otworzyłem i zamknąłem. Zgasiłem światło. Bardzo starałem się zasnąć, ale najpierw zachciało mi się szczać, potem zrobiłem się głodny, potem któryś z kotów nasrał do kuwety, musiałem posprzątać, bo śmierdziało, potem w knajpie pod drugiej stronie ulicy rozpoczęło się karaoke, potem poszedłem zapalić, potem umyć zęby. Byłem zły na siebie, że jeszcze nie śpię, bo wiedziałem jak ciężko będzie mi wstać. Jednak im bardziej byłem zły, tym trudniej było mi zasnąć. Światało już, gdy padłem jak kawka na podłogę przy łóżku.
Rano nie słyszałem budzika. Ona jednak słyszała. Stanęła nade mną, lekko kopnęła w ramię i powiedziała:
- Wstawaj, już czas. Wstawaj, obiecałeś. Wstawaj, jeśli mnie kochasz i chcesz być ze mną szczęśliwy. Wstawaj.
- Nie mogę - odpowiedziałem, nawet nie otwierając oczu - teraz sądzę czarownice.
Made in China
W ten weekend w Auchan wielka poświąteczna wyprzedaż zabawek. Wszystkie zabawki będą sprzedawane na wagę, cena za kilogram tylko 29,99 zł. Ucieszyliśmy się, moja dziewczyna bardziej. Tak sobie zaplanowaliśmy sobotnie zajęcia, by pojechać do Komornik na zakupy.
Rzeczywiście główna galeria zawalona wszelkiego rodzaju zabawkami, od gier planszowych, przez puzzle i plastikowe samochodziki na baterie, zdalnie sterowane samolociki, lalki, drewniane klocki, szmaciane kukiełki i pacynki, piłki, po pluszowe maskotki. Wszystko oczywiście Made in China, czyli made by małe chińskie rączki. Prawdziwy raj zabawek.
Chodziliśmy między tymi gadżetami oczarowani, zresztą nie tylko my. Setki podnieconych i rozwrzeszczanych dzieciaków biegało wzdłuż galerii. Ciągnęły za sobą przygnębionych rodziców, którzy ze zwieszonymi głowami, powłócząc nogami podążali za nimi od stoiska do stoiska. Ich portfele najmocniej odczują dzisiejszą radość małych potworów. Ze wszystkich stron dobiegały okrzyki: „Kup mi! Kup mi!” bądź „Ja chcę to! Nie, nie to. Chcę to i to! Musisz mi kupić!”. Jakaś dziewczynka w żółtej sukience leżała na posadzce, cała zapłakana, uderzała zaciśniętymi piąstkami w buty, stającego przed nią, niczym posąg ze stali, ojca.
- Przysięgam, że będę przez cały rok grzeczna jak aniołek, tylko kup mi domek dla lalek - starała się go przekonać łamiącym się głosem.
Na jednym ze stoisk moja dziewczyna zauważyła ogromne pluszowe maskotki. Prawie naturalnej wielkości. Zaczęła w nich przebierać i wybrała sobie brunatnego niedźwiedzia. Tak dużego jak ona. Gdy obejmowała go za szyję, łapy niedźwiedzia szorowały po ziemi.
- Zobacz jaki jest piękny i duży - powiedziała, nie patrząc na mnie. - I jakie ma miękkie futro. Jest taki śmiesznie gruby. Ma takie smutne oczy, widzisz? Pewnie boi się, że wpadnie w szpony, któregoś z tych rozwrzeszczanych bachorów. Mam już imię dla niego. Nazwę go Rupert, czyli jaśniejący sławą. Uratujmy go, kupmy. Pewnie nie będzie drogi.
Uratowaliśmy go, kupiliśmy. Ważył przeszło 5 kg, dlatego kosztował tylko 150 zł.
Pierwszej nocy w naszym domu Rupert spał z nami w łóżku.
- Przecież musi się do nas przyzwyczaić - usłyszałem w odpowiedzi na mój cichy protest.
Rano jadł z nami śniadanie. Znaczy siedział i w milczeniu obserwował jak jemy. Moja dziewczyna dostawiła do stołu krzesło dla niego. Gdy zjadła, wzięła go na kolana i zaczęła mu opowiadać co będzie robiła przez cały dzisiejszy dzień. Potem wytarła mu nos i powiedziała: „Nie płacz, wrócę wieczorem i będziemy się przytulać”. Rzeczywiście, gdy wróciła wieczorem do domu, nawet się ze mną nie przywitała, tylko od razu pobiegła, jeszcze w butach i kurtce, do dużego pokoju zakomunikować Rupertowi „Już jestem! Tęskniłeś?”. On siedział spokojnie na łóżku i wyglądał tak, jakby cały dzień na nią czekał. Potem przez cały wieczór go przytulała. Rozumiem, że ona woli przytulać swego pluszowego wybranieca, którego uratowała. On jest taki męski, bo gruby. Jest też miękki i miły w dotyku, jego szczecina nie drapie. A ja cóż? Jak się nie ogolę, to jestem szorstki, podobno jak papier ścierny. A poza tym, nie da się mnie przytulać, to żadna przyjemność. Jestem kanciasty, sama skóra i kości, taki żywy kościotrup.
Następne noce również spał z nami w łóżku, stał się tym trzecim, który leży między nami niczym miecz. Coraz bardziej się rozpychał i mościł. Kilka razy obudziłem się zmarznięty i obolały, leżąc pod kocem na podłodze.
Wczoraj moja dziewczyna, w trosce o moje zdrowie i wygodę, zaproponowała bym spał na drugim łóżku w małym pokoju, skoro w trójkę na tym się nie mieścimy.
Na grzybach
Razem z ojcem wędruję po Dolinie Kościeliskiej lub jakieś innej spacerowej dolince Tatrzańskiego Parku Narodowego. Idziemy dość długo. Jest dużo ludzi, przede wszystkim dzieci, które biegają w te i nazad. Biegają w małych grupach. Obiegają nas i biegną gdzieś za nasze plecy, potem wracają. My idziemy spokojnie, ojciec rozgląda się na prawo i lewo, właśnie idziemy przez las. Zachciało mu się sikać.
- Maciej, muszę - mówi do mnie, schodzi ze ścieżki i wchodzi w las.
Staję i czekam na niego. Dość długo go nie ma. Zapalam papierosa, ojciec nadal nie wie, że palę. Myślę sobie, to pewnie coś cięższego, wymagającego większego skupienia, niż zwykle szczanie za drzewem. Znów przebiegła grupa dzieci.
Gdy wraca trzyma w ręku jakiegoś grzyba, jest uśmiechnięty. Dawno nie wiedziałem go takiego zadowolonego. Mówi, że idzie do lasu, trochę nazbierać na zupę. Staram się przekonać go, że nie powinien, gdyż jesteśmy w Parku Narodowym i tu nic nie można zrywać. A on tylko macha na mnie ręką i każe mi dać reklamówki. Marszczy przy tym czoło, więc mu je daję. Wchodzi do lasu. A ja spokojnie idę dalej ścieżką. Straciłem go z oczu. Po jakimś czasie wychodzi zza drzew, kilka metrów przede mną. Widzę jak trzyma w rękach dwie reklamówki pełne grzybów. Jest z siebie bardzo zadowolony. Cieszy się, widać gołym okiem, że jest szczęśliwy. Uśmiecha się do mnie jak nigdy przedtem. Idzie w moim kierunku.
Nagle słychać jakiś warkot. Odwracam głowę i widzę strażnika na jakimś małym, niebieskim traktorze. Ojciec się wystraszył, ja zresztą też. Obaj wiemy, że zrobiliśmy coś przeciwko prawu. Ta świadomość mocno powraca, do niego bardziej. Ojciec nie wie co zrobić z tymi grzybami. Stoi jak wryty. Podbiegam do niego. Chwilę się szarpiemy, w końcu wyrywam mu reklamówki i zaczynam biec w kierunku wyjścia z Parku. Wiem, że jeśli wyniosę je poza obręb Parku, to wszystko będzie dobrze, to wszystko się dobrze skończy. Ale strażnicy ścigają mnie. Słyszę szczekanie psów za plecami. Strzały. Wiem, że nie są to ostre naboje, tylko ze środkiem usypiającym. Mimo to strasznie boję się postrzału. Biegnę przed siebie, nie odwracając głowy.
Muszę przedostać się przez rzekę, już ją widzę. Jednak nie mogę przebiec przez most, bo na jego końcu stoi strażnik i celuje do mnie z pistoletu. Dlatego biegnę w kierunku wody. Jak przepłynę, to wszystko będzie dobrze. Wbiegam do potoku. Niestety nurt jest za silny, porywa mi reklamówki z grzybami i unosi w kierunku morza. Strażnik, ten który stał na moście, pomaga mi wyjść na brzeg. Sadza na trawie i otula kocem. Klepie po ramieniu, mówi, że byłem świetnym przeciwnikiem, bardzo szybkim i nieprzewidywalnym. Potem podchodzi do ojca i prosi go o nazwisko. Ojciec podaje rodowe nazwisko babki, więc strażnik prosi nas o paszporty.
Nie mam pojęcia jak wyplątać nas z tej kabały.
Zapalniczka Zippo
Miejsce Japonek jest w Japonii. Dlatego dziewczyna Łukasza odleciała do kraju kwitnącej wiśni samolotem linii KLM Royal Dutch Airlines. Wylatywała do Osaki z Okęcia. Do Warszawy jechała pociągiem. Piękny Lolo nie próbował jej zatrzymać. Myślę, że bardzo cierpiał, bo nie mógł z nią zaznać rozkoszy miłości oralnej. Nie odprowadził jej nawet na dworzec.
Swoją szansę na prawdziwe szczęście przy jego boku wykorzystała Jola, która gdy tylko rozeszła się po firmie pogłoska o wylocie Tsujiko, podeszła do niego i przy wszystkich oświadczyła:
- Kocham cię. Kocham cię. Od zawsze cię kocham, całe dwadzieścia lat na ciebie czekałam. Więcej nie chcę czekać. Będę ci wierna, zobaczysz, i będę robić tobie te wszystkie rzeczy, których nie robiło to skośnookie dziwadło. Bądź ze mną, proszę.
- Dobrze - odpowiedział Łukasz. Potem przytulili się, pocałowali i każde z nich wróciło do swoich firmowych zadań. Piękny Lolo do czyszczenia tokarek, a Jola do wystawiania faktur.
Jola była młodą i zdrową dziewczyną. Najzupełniej normalną. Miała usta, zęby i język. Dla Pięknego Lola musiała, to być spora odmiana. Przez cały tydzień chodził jak zaczarowany z podkrążonymi oczami. Był taki szczęśliwy. Trochę mu zazdrościłem.
W piątek wieczorem podszedł do mnie i powiedział:
- Wiesz, życzę ci, by ktoś ciebie tak kochał jak ona mnie. Tak mocno i prawdziwie.
- Dziękuję - odpowiedziałem. Co innego miałem odpowiedzieć?
Nowa dziewczyna Łukasza paliła papierosy. A on nie. Paliła dużo, jak sama mówiła, do trzech paczek dziennie, ale tylko cienkie i miętowe. Łukasz bardzo ją kochał i dlatego nie miał nic przeciwko temu, by paliła nadal, nie kazał jej rzucić. By pokazać, że akceptuje ją właśnie taką – wciąż i wciąż z papierosem w dłoni, kupił jej benzynową zapalniczkę (z wieczystą gwarancją) firmy Zippo. Kupił w internetowym sklepie Efco.pl. Kazał wygrawerować na niej napis piękną, gotycką czcionką: „Mojemu kochanie, by się zawsze na mnie paliła”.
Miesiąc później, okazało się, że Jola nie kocha już Łukasza, że kocha kogoś innego. Kocha tak mocno, że nie może dłużej spotykać się z Pięknym Lolem. Na znak ostatecznego rozstania, Łukasz chciał od niej odebrać darowaną zapalniczkę Zippo. Ona nie chciała oddać, mówiąc, że jest wieczną pamiątką po pięknych chwilach. Jednak Łukasz się upierał. Ona obstawała przy swoim. Nie mogli dojść do porozumienia. Zaczęli na siebie krzyczeć. Ostatecznie Łukasz powiedział „To spierdalaj suko” i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Jola wyszła za nim, poszła na dwór, zapalić, tak się zdenerwowała. Oczywiście przypalała papierosa zapalniczką Zippo. Piękny Lolo, który skrył się za rogiem budynku, tylko na to czekał. Podbiegł do niej i chciał wyrwać swoją zapalniczkę Zippo z jej dłoni. Ona trzymała mocno, trochę się szarpali. Kopnęła go w jądra, bolało, skulił się. Wyprostował się po chwili i uderzył pięścią w twarz. Jolę oszołomił cios, przewróciła się na plecy jak długa, na szczęście upadła na trawę obok pomarańczowego kosza na śmieci z logiem Vox. Usiadł na niej okrakiem, na biodrach. Bił tak długo pięściami po twarzy, aż zaczęła pluć krwią i zębami.
Zapalniczka Zippo wypadła z dłoni Joli przy upadku, leżała jakiś metr do nich. On tego nie zauważył. Wstał z niej zmęczony, ze spoconą twarzą i mokrymi włosami.
- Mogłaś mi ją oddać, należy do mnie, tak jak ty kiedyś - wycedził szeptem przez zaciśnięte zęby.
Czekała na chwilę, gdy tylko będzie wolna od jego ciężaru. Sprawnie chwyciła zapalniczkę w obie dłonie i skuliła się. Wtedy ją kopnął. Coś nieprzyjemnie gruchnęło. Wzdrygnął się, chyba zawahał.
- Jest moja. Dałeś mi. Nie oddam - wymamrotała Jola, wyraźnie sepleniąc.
Wtedy kopnął ją drugi raz i trzeci. Nie przestawał jej kopać, sapał i zipał, taki był zmęczony.
Następnego dnia Jola nie przyszła do pracy i nikt nie wiedział dlaczego.
Targi śmierci
Dopiero pytanie Oli – „Czy chodzisz na spacery?” – uświadomiło mi, że prawie nie wychodzę z domu, że jak już raz do niego wejdę, to potem już siedzę i siedzę, nigdzie się z niego nie ruszając. Nie chodzę ani do kina, ani na wystawy, ani na koncerty. Nie udzielam się.
No, ale o której miałbym iść na ten spacer? Przecież nie jak wracam do domu po pracy. Bez sensu wtedy gdzieś wychodzić, już jest noc. A muszę jeszcze sobie obiad zrobić, wziąć prysznic, wypić wieczorną kawę. Przeczytać to i owo, odpisać na to i owo. I co mam wyjść o 02:00, gdzie?
Może „gdzie” to by było, ale raczej po co?
Dziś również nigdzie nie wyjdę, muszę odpowiedzieć na mejla Reginie, która pisze: „Wiosną w Warszawie trwa festiwal śmierci, połączony z targami. Wyobraź sobie, po Mariensztacie spacerują umrzyki i reklamują nową ścieżkę do prawdy. Zapraszają na bezpłatny kurs informacyjny. Przekonują do aktywności. Każdy oczywiście mówi, że jego sposób na zejście jest najlepszy, najpewniejszy i najbardziej spektakularny, że tędy właśnie wiedzie droga do wieczności. Pewnie cię zachęciłam i chciałbyś, to zobaczyć na własne oczy. Będziesz miał okazję, dowiedziałam się, że za dwa tygodnie cały ten cyrk przyjeżdża do twego miasta”. Super, pomyślałem.
Regina ma rację, samobójstwo należy do sfery „aktywności”, a to jest sprzeczne z bezsilnością odczuwaną przez desperata, bądź desperatkę. Na szczęście wiosna się kończy i za chwilę będzie lato, czyli dużo słońca, rzeka, maliny, skóra pachnąca wodą i słońcem.
Sprawdzam na stronie Międzynarodowych Targów Poznańskich i rzeczywiście – od 01.04 przez cały tydzień, aż do 08.04 w hali numer 7 (wejście od ulicy Jackowskiego) trwają Targi Śmierci pod hasłem „Po co się męczysz? Daj sobie spokój!”. A obok w hali 7A, w tym samym czasie, trwać będą Targi Ślubne pod hasłem „Wybierz partnera!”. Będę musiał iść. Nie mam innego wyjścia. Muszę dziś to zaplanować, wpisać jako przypomnienie do telefonu. Nie mogę przeoczyć. Trwają tylko tydzień. Ceny biletów nie są wygórowane, bo ulgowy kosztuje 5 zł, a normalny 10 zł. „Cena biletu ze zniżką obowiązuje osoby chore na narkolepsję i epilepsję, chore na AIDS i raka – niezależnie od wieku – na podstawie aktualnej książeczki zdrowia z wypisem z orzeczenia komisji lekarskiej. Do zniżki upoważniona jest także młodzież uczącą się do 26 roku ze stwierdzoną inną chorobą śmiertelną, należy przynieść ze sobą duplikat zaświadczenia lekarskiego wydanego przez lekarza rodzinnego oraz seniorzy, którzy ukończyli 80 rok życia, należy mieć ze sobą dowód osobisty lub inny dokument tożsamości ze zdjęciem, potwierdzający ukończenie 80 roku życia. Zniżka obowiązuje także kombatantów na podstawie legitymacji i zaświadczenia wydanego przez: MPIPS, Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Do zniżki nie upoważnia legitymacja Honorowego Krwiodawcy”.
Trudno, będę musiał kupić normalny.
Psia ferma
Przez przypadek natknął się w necie na artykuł o mężczyźnie z Teremisek, który za 550 zł na miesiąc musiał utrzymać siebie i swoją ułomną ciotkę. Musieli sobie jakoś radzić, dlatego 50-letni mężczyzna założył przydomowe schronisko dla bezdomnych psów. Sąsiedzi z okolicznych wiosek często przyprowadzali mu znalezione lub niechciane kundle, chociaż dobrze wiedzieli co się z nimi stanie. Pewnie między sobą rozmawiali o bestialskim postępowaniu ze zwierzętami. Jednak nie miał innego wyjścia, przecież musiał zabić, obedrzeć ze skóry, poćwiartować, ugotować, by potem razem z ciotką zjeść je na obiad. Podobno, żeby mięso było smaczne i łatwo odchodziło od kości, przed zabiciem trzymał psiaki w workach i bił drewnianą pałką. Na posesji za domem policjanci (bo w końcu ktoś doniósł na niego władzy) odkryli 25 drewnianych kojców. Wewnątrz znajdowało się 17 żywych psów. W zamrażalce w piwnicy znaleźli poćwiartowane szczątki 2 lub 3 psów, nie udało się tego jeszcze dokładnie ustalić. Na jutro zamówiona jest ekipa, która przekopie sad w poszukiwaniu psich grobów.
Po przeczytaniu artykułu, głośno pomyślał:
- Ciekawe jak smakuje mięso z psa?
- A ciebie to już całkiem pojebało, co? - odpowiedziała, choć wcale jej nie pytał.
Wyszedł do kuchni, by spokojnie przemyśleć pomysł złotego interesu, który powoli zaczynał kiełkować w jego głowie.
„A może tak, zamiast kurzej fermy i ubojni drobiu, którą próbuje mi sprzedać Ka., zainwestować i otworzyć fermę psów razem z ubojnią? Polskiego rynku pewnie bym nie podbił. Polacy nie są gotowi jeść psie mięso. Chociaż jedzą jagnięcinę, wołowinę, koninę, baraninę, sarninę, cielęcinę. Mięso z dzików, królików, gołębi, strusi. Chociaż można w naszym kraju kupić nutrie żywe i ich mięso, kiełbasy i jadalne podroby nutriowe. Polacy pewnie psiego mięsa lub kiełbasy by nie tknęli, w końcu pies to przyjaciel człowieka, może nie taki wielki jak koń, jednak przyjaciel. Nie ma potrzeby bym się martwił o rynek zbytu, bo Żółty Daleki Wschód stoi otworem. Całość uboju pójdzie na eksport. Podbiję dalekowschodnie rynki świeżym towarem. I tanim! A w naszym kraju zniknie problem bezpańskich psów. Będzie można pozamykać wszystkie schroniska dla kundli, które właściwie są przecież hospicjami. A nadwyżkę świeżego mięsa będę sprzedawać jako karma z psów dla kotów.”
- Co robisz w kuchni? Może byś herbaty zrobił, jak tam jesteś? - krzyknęła.
- Dobrze.
- Co tam mruczysz? Hę? Pewnie znów piszesz, któreś z tych swoich durnych opowiadań. Lepiej wymień kotom piasek, bo śmierdzi.
Mieczysława nagły pies
#1 [z Agnieszki Wolny-Hamkało]
To historia zasłyszana aż trzy razy podczas wczorajszego wieczoru we wrocławskim klubie „Mleczarnia”. Historia, która się najwyraźniej prosi na ten świat, a więc uczyńmy jej zadość.
Znany krytyk i redaktor naczelny miesięcznika „Odra” przy stoliku w głębi knajpy snuł opowieść, która się z biegiem czasu nie wycierała i pozostawała równie dotkliwa. Mianowicie Pan Mieczysław siedział dzień wcześniej w klubie z pewną panią i psem. Nagle zaszła rzecz po kafkowsku niespodziewana: pani wyszła – pies został. Cóż robić – pomyślał Pan Mieczysław, skonfundowany. Co robić z tak mile rozpoczętym wieczorem w towarzystwie – PSA? No i co robić z takim towarzyszem, w jaką wejść relację? Zostać w knajpie – czekać (może pani wróci)? Uciec z miejsca wypadku? Zaopiekować się stworzeniem, przeczuwając konsekwencje.
Ba, byle kto nie zostaje redaktorem legendarnego czasopisma. Pan Mieczysław oczywiście wybrnął z sytuacji. Namówił do opieki nad psem kolegę. Który zgodził się – nie wiadomo – z ogólnej miłości do świata, z sympatii do Pana Mieczysława (lub czasopisma), z jakichś innych ciemnych lub jasnych pobudek? Pan Mieczysław wrócił do domu, ale nie mógł spać. Sprawa uwierała go boleśnie i to nie tylko na poziomie etycznym, ale też, by tak rzec – fabularnie.
Nie znam końca tej historii, ponieważ na skraju opowieści nastąpiła jakaś rewolucja towarzyska – jakieś zawirowania przy stoliku, przegrupowania pokoleniowe, esemesy, potem inne innych opowieści.
#2
Pan Mieczysław, jak to już zostało napisane, nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, przez głowę przelatywały mu z prędkością cząstek neutrino różne myśli. Niektóre były samolubne: „Uff, na szczęście, pozbyłem się tego zapchlonego kundla”, „Po chuj mi taki pies? Przecież ja nawet nie lubię psów, ja nie lubię zwierząt. Zresztą ludzi również nie za bardzo lubię”. Inne były mniej przyjazne: „Jezusmaria, Chrystepanie, ależ jestem podły. Jak mogłem zostawić takie biedne, samotne zwierze temu potworowi? Muszę tam wracać i uratować biedną psinę. Pewnie skopał ją w bramie, on nigdy nie był dobrym człowiekiem. Nie, nie wybaczę sobie do końca życia nieludzkiego zachowania”. Nie bardzo wiedział co zrobić. Chciał zasnąć, ale wstał, napił się zimnej wody z kranu, zjadł jogurt, zapalił papierosa, potem czwarty raz umył zęby i wrócił do łóżka. Marzył tylko o tym by zasnąć, by w końcu zasnąć, by zapomnieć o tym dużym, pięknym bernardynie, którego zostawił pod stolikiem w „Mleczarni”.
Na szczęście córka pana Mieczysława Joanna miała wszystko pod kontrolą. Jak tylko zauważyła, że kolega taty wychodzi z klubu razem z psem, ciągnąc go i szarpiąc za smycz. Pies zapierał się tylnimi łapami, nie chciał się ruszyć. Nie wyszedł, raczej wyjechał siedząc na ogonie. Nowy właściciel był zły. Powtarzał: „Już ja się z tobą policzę, ale w domu”, bo przecież nie wypadało bić psa w obecności tylu ludzi, tylu świadków. W końcu wyszli. Joanna zaangażowała kilka osób, które wyszły za tą parą. Mieli za zadanie ich śledzić. Podpatrywać, czy kolega pana Mieczysława zachowuje się po ludzku wobec swego nowego, potencjalnego przyjaciela. Grupa śledząca wysyłała esemesy do centrum dowodzenia, czyli do „Mleczarni”, a dokładnie na telefon Joanny. Informując ją o tym, gdzie dokładnie są i co się dzieje.
Wszystko szło dobrze. Znaczy się, człowiek zachowywał się po ludzku w stosunku do psa. Ale już mieli wchodzić do bramy kamienicy, w której mieszka kolega pana Mieczysława, gdy pies zaczął się szarpać, ujadać, szczekać, warczeć na swego nowego, potencjalnego pana, znów zaparł się łapami, zaczął gryźć smycz. Dwoma klapnięciami zębisk przegryzł ją.
Potem wypadki potoczyły się już bardzo szybko. Bernardyn wrócił po swoich śladach do klubu. Wpadł tam przewracając w drzwiach kilka osób, za nim wpadła grupa śledząca, która zdezorientowana podbiegła do baru. Pies podbiegł do Joanny, dokładnie ją obwąchał, a potem podszedł go stolika, przy którym poznał pana Mieczysława. Zaczął obwąchiwać krzesło. A potem wybiegł, szybciej niż wbiegł, przewracając jeszcze więcej osób.
Prawie w tym samym czasie pan Mieczysław wstał z łóżka kolejny raz. Ułamał sobie kostkę czarnej czekolady i stanął w oknie. I nagle zobaczył biegnącego pod drugiej stronie ulicy psa. Swego biegnącego psa. Wybiegł z domu tak jak stał, nie ubrał nawet szlafroka na swoją flanelową piżamę w kratkę. Pies jak go zobaczył, zaczął radośnie szczekać. Pan Mieczysław krzyczał na całe gardło: „Mój ty mały psiaku, chodź do mnie, chodź!!!”. Musiał tylko przebiec przez jezdnie i już. I już byli razem. Razem. Pan Mieczysław ukląkł na śniegu, nie zwracając uwagi na to, że zamoczy sobie piżamę na kolanach, że pewnie się przeziębi. Tulił wielki pysk psa do swojej twarzy. Pies serdecznie merdał ogonem i lizał go wielkim jęzorem po twarzy.
Po chwili przyjechała policja, która spisała pana Mieczysława za zakłócanie ciszy nocnej.
Maciej Gierszewski (ur. 1975) - poeta, prozaik. Wiersze i prozę publikował m.in. w: „Kresach”, „Studium”, „Kwartalniku Artystycznym”, „FA-arcie”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”. Opublikował: „podrabiane przepaście” (Brzeg 2003), „Profile” (Olsztyn 2006). Zredagował (razem ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga: hajfa.wordpress.com . Mieszka w Poznaniu.
Było późno, leżeliśmy w łóżku. Czytałem powieść o Pani Drzwi. Ona oglądała rysunki, ale już zasypiała, miała drgawki przedsenne.
- Kochasz mnie? - nagle zapytała, całkowicie rozbudzona.
- Mhm - mruknąłem i czytałem dalej. Sądziłem, że na tym się skończy, że uspokojona odwróci się do ściany i zaśnie, a ja będę mógł spokojnie doczytać książkę.
- Ale ja pytam, czy kochasz mnie tak naprawdę. Odpowiedz, proszę. Tylko bądź szczery.
- No, przecież mówię, że tak - odpowiedziałem, wciąż śledząc przygody Pani Drzwi w londyńskim metrze.
- Skoro mówisz, że mnie kochasz - drążyła temat - to daj mi dowód swojej miłości.
- Znowu? Jaki tym razem? - zapytałem, zamykając książkę. - Zresztą, nie pamiętasz, co się ostatnio stało, jak ci dałem dowód swej dozgonnej i wiecznej miłości? Mam ci przypomnieć? Chcesz tego?
- Ale to było tak dawno temu, prawie dwa miesiące temu, już prawie nie pamiętam. Mam taką słabą pamięć - odpowiedziała.
- To ci przypomnę. Wysłałaś mnie do łazienki, bym udowodnił, że jestem prawdziwym mężczyzną, godnym ciebie, który potrafi cię chronić i bronić. Zabiłem tego dużego Pana Pająka Krzyżaka, który rozpiął sieć na wannie. A potem deszcz padał przez 40 dni i nocy. Warta wylała. Woźną, Wrocławską i Wodną płynęły rzeki. Na środku rynku utworzyło się jezioro.
- Tak, coś sobie przypominam - powiedziała, przybierając niewinny wyraz twarzy. - Teraz będzie inaczej, zobaczysz, obiecuję. Potrzebuję ostatniego potwierdzenia twojego uczucia. Potem już o nic cię nie poproszę. Zgódź się, proszę. Zresztą nie masz innego wyjścia, skoro mnie kochasz.
- Dobrze, zgadzam się - powiedziałem zrezygnowanym tonem. Ona zaklaskała w dłonie, jak mała dziewczynka, która właśnie dostała wymarzony prezent od ukochanego tatusia na piąte urodziny. Wyglądała przecudnie, tak niewinnie.
- Skoro mnie kochasz, to musisz jutro rano wstać o godzinie 8 i o 9 wyjść ze mną z domu. Pójdziemy do komisu AGD na Młyńską, by kupić kosiarkę do trawy.
- Ale my nie mamy żadnego trawnika, który wymagałby strzyżenia - zaprotestowałem.
- To nic. Zrozum, że kosiarka jest nam niezbędna do szczęścia. A przecież chcesz być ze mną szczęśliwy. Chcesz czy nie?
- Jasne, że chcę - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- No widzisz, więc to nie będzie dla ciebie żadne poświęcenie. Powinnam wymyślić coś innego. Jednak nie chce mi się. Jestem śpiąca, daj mi buzi i przytul. Jutro będę cię budziła, pamiętaj, obiecałeś, że wstaniesz.
Pocałowałem ją, przytuliłem i przykryłem kocem, zasnęła od razu. Przez chwilę patrzyłem na spokojną twarz. Chciałem wrócić do przygód Pani Drzwi, wziąłem książkę do ręki, otworzyłem i zamknąłem. Zgasiłem światło. Bardzo starałem się zasnąć, ale najpierw zachciało mi się szczać, potem zrobiłem się głodny, potem któryś z kotów nasrał do kuwety, musiałem posprzątać, bo śmierdziało, potem w knajpie pod drugiej stronie ulicy rozpoczęło się karaoke, potem poszedłem zapalić, potem umyć zęby. Byłem zły na siebie, że jeszcze nie śpię, bo wiedziałem jak ciężko będzie mi wstać. Jednak im bardziej byłem zły, tym trudniej było mi zasnąć. Światało już, gdy padłem jak kawka na podłogę przy łóżku.
Rano nie słyszałem budzika. Ona jednak słyszała. Stanęła nade mną, lekko kopnęła w ramię i powiedziała:
- Wstawaj, już czas. Wstawaj, obiecałeś. Wstawaj, jeśli mnie kochasz i chcesz być ze mną szczęśliwy. Wstawaj.
- Nie mogę - odpowiedziałem, nawet nie otwierając oczu - teraz sądzę czarownice.
Made in China
W ten weekend w Auchan wielka poświąteczna wyprzedaż zabawek. Wszystkie zabawki będą sprzedawane na wagę, cena za kilogram tylko 29,99 zł. Ucieszyliśmy się, moja dziewczyna bardziej. Tak sobie zaplanowaliśmy sobotnie zajęcia, by pojechać do Komornik na zakupy.
Rzeczywiście główna galeria zawalona wszelkiego rodzaju zabawkami, od gier planszowych, przez puzzle i plastikowe samochodziki na baterie, zdalnie sterowane samolociki, lalki, drewniane klocki, szmaciane kukiełki i pacynki, piłki, po pluszowe maskotki. Wszystko oczywiście Made in China, czyli made by małe chińskie rączki. Prawdziwy raj zabawek.
Chodziliśmy między tymi gadżetami oczarowani, zresztą nie tylko my. Setki podnieconych i rozwrzeszczanych dzieciaków biegało wzdłuż galerii. Ciągnęły za sobą przygnębionych rodziców, którzy ze zwieszonymi głowami, powłócząc nogami podążali za nimi od stoiska do stoiska. Ich portfele najmocniej odczują dzisiejszą radość małych potworów. Ze wszystkich stron dobiegały okrzyki: „Kup mi! Kup mi!” bądź „Ja chcę to! Nie, nie to. Chcę to i to! Musisz mi kupić!”. Jakaś dziewczynka w żółtej sukience leżała na posadzce, cała zapłakana, uderzała zaciśniętymi piąstkami w buty, stającego przed nią, niczym posąg ze stali, ojca.
- Przysięgam, że będę przez cały rok grzeczna jak aniołek, tylko kup mi domek dla lalek - starała się go przekonać łamiącym się głosem.
Na jednym ze stoisk moja dziewczyna zauważyła ogromne pluszowe maskotki. Prawie naturalnej wielkości. Zaczęła w nich przebierać i wybrała sobie brunatnego niedźwiedzia. Tak dużego jak ona. Gdy obejmowała go za szyję, łapy niedźwiedzia szorowały po ziemi.
- Zobacz jaki jest piękny i duży - powiedziała, nie patrząc na mnie. - I jakie ma miękkie futro. Jest taki śmiesznie gruby. Ma takie smutne oczy, widzisz? Pewnie boi się, że wpadnie w szpony, któregoś z tych rozwrzeszczanych bachorów. Mam już imię dla niego. Nazwę go Rupert, czyli jaśniejący sławą. Uratujmy go, kupmy. Pewnie nie będzie drogi.
Uratowaliśmy go, kupiliśmy. Ważył przeszło 5 kg, dlatego kosztował tylko 150 zł.
Pierwszej nocy w naszym domu Rupert spał z nami w łóżku.
- Przecież musi się do nas przyzwyczaić - usłyszałem w odpowiedzi na mój cichy protest.
Rano jadł z nami śniadanie. Znaczy siedział i w milczeniu obserwował jak jemy. Moja dziewczyna dostawiła do stołu krzesło dla niego. Gdy zjadła, wzięła go na kolana i zaczęła mu opowiadać co będzie robiła przez cały dzisiejszy dzień. Potem wytarła mu nos i powiedziała: „Nie płacz, wrócę wieczorem i będziemy się przytulać”. Rzeczywiście, gdy wróciła wieczorem do domu, nawet się ze mną nie przywitała, tylko od razu pobiegła, jeszcze w butach i kurtce, do dużego pokoju zakomunikować Rupertowi „Już jestem! Tęskniłeś?”. On siedział spokojnie na łóżku i wyglądał tak, jakby cały dzień na nią czekał. Potem przez cały wieczór go przytulała. Rozumiem, że ona woli przytulać swego pluszowego wybranieca, którego uratowała. On jest taki męski, bo gruby. Jest też miękki i miły w dotyku, jego szczecina nie drapie. A ja cóż? Jak się nie ogolę, to jestem szorstki, podobno jak papier ścierny. A poza tym, nie da się mnie przytulać, to żadna przyjemność. Jestem kanciasty, sama skóra i kości, taki żywy kościotrup.
Następne noce również spał z nami w łóżku, stał się tym trzecim, który leży między nami niczym miecz. Coraz bardziej się rozpychał i mościł. Kilka razy obudziłem się zmarznięty i obolały, leżąc pod kocem na podłodze.
Wczoraj moja dziewczyna, w trosce o moje zdrowie i wygodę, zaproponowała bym spał na drugim łóżku w małym pokoju, skoro w trójkę na tym się nie mieścimy.
Na grzybach
Razem z ojcem wędruję po Dolinie Kościeliskiej lub jakieś innej spacerowej dolince Tatrzańskiego Parku Narodowego. Idziemy dość długo. Jest dużo ludzi, przede wszystkim dzieci, które biegają w te i nazad. Biegają w małych grupach. Obiegają nas i biegną gdzieś za nasze plecy, potem wracają. My idziemy spokojnie, ojciec rozgląda się na prawo i lewo, właśnie idziemy przez las. Zachciało mu się sikać.
- Maciej, muszę - mówi do mnie, schodzi ze ścieżki i wchodzi w las.
Staję i czekam na niego. Dość długo go nie ma. Zapalam papierosa, ojciec nadal nie wie, że palę. Myślę sobie, to pewnie coś cięższego, wymagającego większego skupienia, niż zwykle szczanie za drzewem. Znów przebiegła grupa dzieci.
Gdy wraca trzyma w ręku jakiegoś grzyba, jest uśmiechnięty. Dawno nie wiedziałem go takiego zadowolonego. Mówi, że idzie do lasu, trochę nazbierać na zupę. Staram się przekonać go, że nie powinien, gdyż jesteśmy w Parku Narodowym i tu nic nie można zrywać. A on tylko macha na mnie ręką i każe mi dać reklamówki. Marszczy przy tym czoło, więc mu je daję. Wchodzi do lasu. A ja spokojnie idę dalej ścieżką. Straciłem go z oczu. Po jakimś czasie wychodzi zza drzew, kilka metrów przede mną. Widzę jak trzyma w rękach dwie reklamówki pełne grzybów. Jest z siebie bardzo zadowolony. Cieszy się, widać gołym okiem, że jest szczęśliwy. Uśmiecha się do mnie jak nigdy przedtem. Idzie w moim kierunku.
Nagle słychać jakiś warkot. Odwracam głowę i widzę strażnika na jakimś małym, niebieskim traktorze. Ojciec się wystraszył, ja zresztą też. Obaj wiemy, że zrobiliśmy coś przeciwko prawu. Ta świadomość mocno powraca, do niego bardziej. Ojciec nie wie co zrobić z tymi grzybami. Stoi jak wryty. Podbiegam do niego. Chwilę się szarpiemy, w końcu wyrywam mu reklamówki i zaczynam biec w kierunku wyjścia z Parku. Wiem, że jeśli wyniosę je poza obręb Parku, to wszystko będzie dobrze, to wszystko się dobrze skończy. Ale strażnicy ścigają mnie. Słyszę szczekanie psów za plecami. Strzały. Wiem, że nie są to ostre naboje, tylko ze środkiem usypiającym. Mimo to strasznie boję się postrzału. Biegnę przed siebie, nie odwracając głowy.
Muszę przedostać się przez rzekę, już ją widzę. Jednak nie mogę przebiec przez most, bo na jego końcu stoi strażnik i celuje do mnie z pistoletu. Dlatego biegnę w kierunku wody. Jak przepłynę, to wszystko będzie dobrze. Wbiegam do potoku. Niestety nurt jest za silny, porywa mi reklamówki z grzybami i unosi w kierunku morza. Strażnik, ten który stał na moście, pomaga mi wyjść na brzeg. Sadza na trawie i otula kocem. Klepie po ramieniu, mówi, że byłem świetnym przeciwnikiem, bardzo szybkim i nieprzewidywalnym. Potem podchodzi do ojca i prosi go o nazwisko. Ojciec podaje rodowe nazwisko babki, więc strażnik prosi nas o paszporty.
Nie mam pojęcia jak wyplątać nas z tej kabały.
Zapalniczka Zippo
Miejsce Japonek jest w Japonii. Dlatego dziewczyna Łukasza odleciała do kraju kwitnącej wiśni samolotem linii KLM Royal Dutch Airlines. Wylatywała do Osaki z Okęcia. Do Warszawy jechała pociągiem. Piękny Lolo nie próbował jej zatrzymać. Myślę, że bardzo cierpiał, bo nie mógł z nią zaznać rozkoszy miłości oralnej. Nie odprowadził jej nawet na dworzec.
Swoją szansę na prawdziwe szczęście przy jego boku wykorzystała Jola, która gdy tylko rozeszła się po firmie pogłoska o wylocie Tsujiko, podeszła do niego i przy wszystkich oświadczyła:
- Kocham cię. Kocham cię. Od zawsze cię kocham, całe dwadzieścia lat na ciebie czekałam. Więcej nie chcę czekać. Będę ci wierna, zobaczysz, i będę robić tobie te wszystkie rzeczy, których nie robiło to skośnookie dziwadło. Bądź ze mną, proszę.
- Dobrze - odpowiedział Łukasz. Potem przytulili się, pocałowali i każde z nich wróciło do swoich firmowych zadań. Piękny Lolo do czyszczenia tokarek, a Jola do wystawiania faktur.
Jola była młodą i zdrową dziewczyną. Najzupełniej normalną. Miała usta, zęby i język. Dla Pięknego Lola musiała, to być spora odmiana. Przez cały tydzień chodził jak zaczarowany z podkrążonymi oczami. Był taki szczęśliwy. Trochę mu zazdrościłem.
W piątek wieczorem podszedł do mnie i powiedział:
- Wiesz, życzę ci, by ktoś ciebie tak kochał jak ona mnie. Tak mocno i prawdziwie.
- Dziękuję - odpowiedziałem. Co innego miałem odpowiedzieć?
Nowa dziewczyna Łukasza paliła papierosy. A on nie. Paliła dużo, jak sama mówiła, do trzech paczek dziennie, ale tylko cienkie i miętowe. Łukasz bardzo ją kochał i dlatego nie miał nic przeciwko temu, by paliła nadal, nie kazał jej rzucić. By pokazać, że akceptuje ją właśnie taką – wciąż i wciąż z papierosem w dłoni, kupił jej benzynową zapalniczkę (z wieczystą gwarancją) firmy Zippo. Kupił w internetowym sklepie Efco.pl. Kazał wygrawerować na niej napis piękną, gotycką czcionką: „Mojemu kochanie, by się zawsze na mnie paliła”.
Miesiąc później, okazało się, że Jola nie kocha już Łukasza, że kocha kogoś innego. Kocha tak mocno, że nie może dłużej spotykać się z Pięknym Lolem. Na znak ostatecznego rozstania, Łukasz chciał od niej odebrać darowaną zapalniczkę Zippo. Ona nie chciała oddać, mówiąc, że jest wieczną pamiątką po pięknych chwilach. Jednak Łukasz się upierał. Ona obstawała przy swoim. Nie mogli dojść do porozumienia. Zaczęli na siebie krzyczeć. Ostatecznie Łukasz powiedział „To spierdalaj suko” i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Jola wyszła za nim, poszła na dwór, zapalić, tak się zdenerwowała. Oczywiście przypalała papierosa zapalniczką Zippo. Piękny Lolo, który skrył się za rogiem budynku, tylko na to czekał. Podbiegł do niej i chciał wyrwać swoją zapalniczkę Zippo z jej dłoni. Ona trzymała mocno, trochę się szarpali. Kopnęła go w jądra, bolało, skulił się. Wyprostował się po chwili i uderzył pięścią w twarz. Jolę oszołomił cios, przewróciła się na plecy jak długa, na szczęście upadła na trawę obok pomarańczowego kosza na śmieci z logiem Vox. Usiadł na niej okrakiem, na biodrach. Bił tak długo pięściami po twarzy, aż zaczęła pluć krwią i zębami.
Zapalniczka Zippo wypadła z dłoni Joli przy upadku, leżała jakiś metr do nich. On tego nie zauważył. Wstał z niej zmęczony, ze spoconą twarzą i mokrymi włosami.
- Mogłaś mi ją oddać, należy do mnie, tak jak ty kiedyś - wycedził szeptem przez zaciśnięte zęby.
Czekała na chwilę, gdy tylko będzie wolna od jego ciężaru. Sprawnie chwyciła zapalniczkę w obie dłonie i skuliła się. Wtedy ją kopnął. Coś nieprzyjemnie gruchnęło. Wzdrygnął się, chyba zawahał.
- Jest moja. Dałeś mi. Nie oddam - wymamrotała Jola, wyraźnie sepleniąc.
Wtedy kopnął ją drugi raz i trzeci. Nie przestawał jej kopać, sapał i zipał, taki był zmęczony.
Następnego dnia Jola nie przyszła do pracy i nikt nie wiedział dlaczego.
Targi śmierci
Dopiero pytanie Oli – „Czy chodzisz na spacery?” – uświadomiło mi, że prawie nie wychodzę z domu, że jak już raz do niego wejdę, to potem już siedzę i siedzę, nigdzie się z niego nie ruszając. Nie chodzę ani do kina, ani na wystawy, ani na koncerty. Nie udzielam się.
No, ale o której miałbym iść na ten spacer? Przecież nie jak wracam do domu po pracy. Bez sensu wtedy gdzieś wychodzić, już jest noc. A muszę jeszcze sobie obiad zrobić, wziąć prysznic, wypić wieczorną kawę. Przeczytać to i owo, odpisać na to i owo. I co mam wyjść o 02:00, gdzie?
Może „gdzie” to by było, ale raczej po co?
Dziś również nigdzie nie wyjdę, muszę odpowiedzieć na mejla Reginie, która pisze: „Wiosną w Warszawie trwa festiwal śmierci, połączony z targami. Wyobraź sobie, po Mariensztacie spacerują umrzyki i reklamują nową ścieżkę do prawdy. Zapraszają na bezpłatny kurs informacyjny. Przekonują do aktywności. Każdy oczywiście mówi, że jego sposób na zejście jest najlepszy, najpewniejszy i najbardziej spektakularny, że tędy właśnie wiedzie droga do wieczności. Pewnie cię zachęciłam i chciałbyś, to zobaczyć na własne oczy. Będziesz miał okazję, dowiedziałam się, że za dwa tygodnie cały ten cyrk przyjeżdża do twego miasta”. Super, pomyślałem.
Regina ma rację, samobójstwo należy do sfery „aktywności”, a to jest sprzeczne z bezsilnością odczuwaną przez desperata, bądź desperatkę. Na szczęście wiosna się kończy i za chwilę będzie lato, czyli dużo słońca, rzeka, maliny, skóra pachnąca wodą i słońcem.
Sprawdzam na stronie Międzynarodowych Targów Poznańskich i rzeczywiście – od 01.04 przez cały tydzień, aż do 08.04 w hali numer 7 (wejście od ulicy Jackowskiego) trwają Targi Śmierci pod hasłem „Po co się męczysz? Daj sobie spokój!”. A obok w hali 7A, w tym samym czasie, trwać będą Targi Ślubne pod hasłem „Wybierz partnera!”. Będę musiał iść. Nie mam innego wyjścia. Muszę dziś to zaplanować, wpisać jako przypomnienie do telefonu. Nie mogę przeoczyć. Trwają tylko tydzień. Ceny biletów nie są wygórowane, bo ulgowy kosztuje 5 zł, a normalny 10 zł. „Cena biletu ze zniżką obowiązuje osoby chore na narkolepsję i epilepsję, chore na AIDS i raka – niezależnie od wieku – na podstawie aktualnej książeczki zdrowia z wypisem z orzeczenia komisji lekarskiej. Do zniżki upoważniona jest także młodzież uczącą się do 26 roku ze stwierdzoną inną chorobą śmiertelną, należy przynieść ze sobą duplikat zaświadczenia lekarskiego wydanego przez lekarza rodzinnego oraz seniorzy, którzy ukończyli 80 rok życia, należy mieć ze sobą dowód osobisty lub inny dokument tożsamości ze zdjęciem, potwierdzający ukończenie 80 roku życia. Zniżka obowiązuje także kombatantów na podstawie legitymacji i zaświadczenia wydanego przez: MPIPS, Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Do zniżki nie upoważnia legitymacja Honorowego Krwiodawcy”.
Trudno, będę musiał kupić normalny.
Psia ferma
Przez przypadek natknął się w necie na artykuł o mężczyźnie z Teremisek, który za 550 zł na miesiąc musiał utrzymać siebie i swoją ułomną ciotkę. Musieli sobie jakoś radzić, dlatego 50-letni mężczyzna założył przydomowe schronisko dla bezdomnych psów. Sąsiedzi z okolicznych wiosek często przyprowadzali mu znalezione lub niechciane kundle, chociaż dobrze wiedzieli co się z nimi stanie. Pewnie między sobą rozmawiali o bestialskim postępowaniu ze zwierzętami. Jednak nie miał innego wyjścia, przecież musiał zabić, obedrzeć ze skóry, poćwiartować, ugotować, by potem razem z ciotką zjeść je na obiad. Podobno, żeby mięso było smaczne i łatwo odchodziło od kości, przed zabiciem trzymał psiaki w workach i bił drewnianą pałką. Na posesji za domem policjanci (bo w końcu ktoś doniósł na niego władzy) odkryli 25 drewnianych kojców. Wewnątrz znajdowało się 17 żywych psów. W zamrażalce w piwnicy znaleźli poćwiartowane szczątki 2 lub 3 psów, nie udało się tego jeszcze dokładnie ustalić. Na jutro zamówiona jest ekipa, która przekopie sad w poszukiwaniu psich grobów.
Po przeczytaniu artykułu, głośno pomyślał:
- Ciekawe jak smakuje mięso z psa?
- A ciebie to już całkiem pojebało, co? - odpowiedziała, choć wcale jej nie pytał.
Wyszedł do kuchni, by spokojnie przemyśleć pomysł złotego interesu, który powoli zaczynał kiełkować w jego głowie.
„A może tak, zamiast kurzej fermy i ubojni drobiu, którą próbuje mi sprzedać Ka., zainwestować i otworzyć fermę psów razem z ubojnią? Polskiego rynku pewnie bym nie podbił. Polacy nie są gotowi jeść psie mięso. Chociaż jedzą jagnięcinę, wołowinę, koninę, baraninę, sarninę, cielęcinę. Mięso z dzików, królików, gołębi, strusi. Chociaż można w naszym kraju kupić nutrie żywe i ich mięso, kiełbasy i jadalne podroby nutriowe. Polacy pewnie psiego mięsa lub kiełbasy by nie tknęli, w końcu pies to przyjaciel człowieka, może nie taki wielki jak koń, jednak przyjaciel. Nie ma potrzeby bym się martwił o rynek zbytu, bo Żółty Daleki Wschód stoi otworem. Całość uboju pójdzie na eksport. Podbiję dalekowschodnie rynki świeżym towarem. I tanim! A w naszym kraju zniknie problem bezpańskich psów. Będzie można pozamykać wszystkie schroniska dla kundli, które właściwie są przecież hospicjami. A nadwyżkę świeżego mięsa będę sprzedawać jako karma z psów dla kotów.”
- Co robisz w kuchni? Może byś herbaty zrobił, jak tam jesteś? - krzyknęła.
- Dobrze.
- Co tam mruczysz? Hę? Pewnie znów piszesz, któreś z tych swoich durnych opowiadań. Lepiej wymień kotom piasek, bo śmierdzi.
Mieczysława nagły pies
#1 [z Agnieszki Wolny-Hamkało]
To historia zasłyszana aż trzy razy podczas wczorajszego wieczoru we wrocławskim klubie „Mleczarnia”. Historia, która się najwyraźniej prosi na ten świat, a więc uczyńmy jej zadość.
Znany krytyk i redaktor naczelny miesięcznika „Odra” przy stoliku w głębi knajpy snuł opowieść, która się z biegiem czasu nie wycierała i pozostawała równie dotkliwa. Mianowicie Pan Mieczysław siedział dzień wcześniej w klubie z pewną panią i psem. Nagle zaszła rzecz po kafkowsku niespodziewana: pani wyszła – pies został. Cóż robić – pomyślał Pan Mieczysław, skonfundowany. Co robić z tak mile rozpoczętym wieczorem w towarzystwie – PSA? No i co robić z takim towarzyszem, w jaką wejść relację? Zostać w knajpie – czekać (może pani wróci)? Uciec z miejsca wypadku? Zaopiekować się stworzeniem, przeczuwając konsekwencje.
Ba, byle kto nie zostaje redaktorem legendarnego czasopisma. Pan Mieczysław oczywiście wybrnął z sytuacji. Namówił do opieki nad psem kolegę. Który zgodził się – nie wiadomo – z ogólnej miłości do świata, z sympatii do Pana Mieczysława (lub czasopisma), z jakichś innych ciemnych lub jasnych pobudek? Pan Mieczysław wrócił do domu, ale nie mógł spać. Sprawa uwierała go boleśnie i to nie tylko na poziomie etycznym, ale też, by tak rzec – fabularnie.
Nie znam końca tej historii, ponieważ na skraju opowieści nastąpiła jakaś rewolucja towarzyska – jakieś zawirowania przy stoliku, przegrupowania pokoleniowe, esemesy, potem inne innych opowieści.
#2
Pan Mieczysław, jak to już zostało napisane, nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, przez głowę przelatywały mu z prędkością cząstek neutrino różne myśli. Niektóre były samolubne: „Uff, na szczęście, pozbyłem się tego zapchlonego kundla”, „Po chuj mi taki pies? Przecież ja nawet nie lubię psów, ja nie lubię zwierząt. Zresztą ludzi również nie za bardzo lubię”. Inne były mniej przyjazne: „Jezusmaria, Chrystepanie, ależ jestem podły. Jak mogłem zostawić takie biedne, samotne zwierze temu potworowi? Muszę tam wracać i uratować biedną psinę. Pewnie skopał ją w bramie, on nigdy nie był dobrym człowiekiem. Nie, nie wybaczę sobie do końca życia nieludzkiego zachowania”. Nie bardzo wiedział co zrobić. Chciał zasnąć, ale wstał, napił się zimnej wody z kranu, zjadł jogurt, zapalił papierosa, potem czwarty raz umył zęby i wrócił do łóżka. Marzył tylko o tym by zasnąć, by w końcu zasnąć, by zapomnieć o tym dużym, pięknym bernardynie, którego zostawił pod stolikiem w „Mleczarni”.
Na szczęście córka pana Mieczysława Joanna miała wszystko pod kontrolą. Jak tylko zauważyła, że kolega taty wychodzi z klubu razem z psem, ciągnąc go i szarpiąc za smycz. Pies zapierał się tylnimi łapami, nie chciał się ruszyć. Nie wyszedł, raczej wyjechał siedząc na ogonie. Nowy właściciel był zły. Powtarzał: „Już ja się z tobą policzę, ale w domu”, bo przecież nie wypadało bić psa w obecności tylu ludzi, tylu świadków. W końcu wyszli. Joanna zaangażowała kilka osób, które wyszły za tą parą. Mieli za zadanie ich śledzić. Podpatrywać, czy kolega pana Mieczysława zachowuje się po ludzku wobec swego nowego, potencjalnego przyjaciela. Grupa śledząca wysyłała esemesy do centrum dowodzenia, czyli do „Mleczarni”, a dokładnie na telefon Joanny. Informując ją o tym, gdzie dokładnie są i co się dzieje.
Wszystko szło dobrze. Znaczy się, człowiek zachowywał się po ludzku w stosunku do psa. Ale już mieli wchodzić do bramy kamienicy, w której mieszka kolega pana Mieczysława, gdy pies zaczął się szarpać, ujadać, szczekać, warczeć na swego nowego, potencjalnego pana, znów zaparł się łapami, zaczął gryźć smycz. Dwoma klapnięciami zębisk przegryzł ją.
Potem wypadki potoczyły się już bardzo szybko. Bernardyn wrócił po swoich śladach do klubu. Wpadł tam przewracając w drzwiach kilka osób, za nim wpadła grupa śledząca, która zdezorientowana podbiegła do baru. Pies podbiegł do Joanny, dokładnie ją obwąchał, a potem podszedł go stolika, przy którym poznał pana Mieczysława. Zaczął obwąchiwać krzesło. A potem wybiegł, szybciej niż wbiegł, przewracając jeszcze więcej osób.
Prawie w tym samym czasie pan Mieczysław wstał z łóżka kolejny raz. Ułamał sobie kostkę czarnej czekolady i stanął w oknie. I nagle zobaczył biegnącego pod drugiej stronie ulicy psa. Swego biegnącego psa. Wybiegł z domu tak jak stał, nie ubrał nawet szlafroka na swoją flanelową piżamę w kratkę. Pies jak go zobaczył, zaczął radośnie szczekać. Pan Mieczysław krzyczał na całe gardło: „Mój ty mały psiaku, chodź do mnie, chodź!!!”. Musiał tylko przebiec przez jezdnie i już. I już byli razem. Razem. Pan Mieczysław ukląkł na śniegu, nie zwracając uwagi na to, że zamoczy sobie piżamę na kolanach, że pewnie się przeziębi. Tulił wielki pysk psa do swojej twarzy. Pies serdecznie merdał ogonem i lizał go wielkim jęzorem po twarzy.
Po chwili przyjechała policja, która spisała pana Mieczysława za zakłócanie ciszy nocnej.
Maciej Gierszewski (ur. 1975) - poeta, prozaik. Wiersze i prozę publikował m.in. w: „Kresach”, „Studium”, „Kwartalniku Artystycznym”, „FA-arcie”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”. Opublikował: „podrabiane przepaście” (Brzeg 2003), „Profile” (Olsztyn 2006). Zredagował (razem ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga: hajfa.wordpress.com . Mieszka w Poznaniu. 




